Jestem człowiekiem

Programowanie przyszłości dziecka

Czym dla Ciebie jest dziecko? CZYM?! Pytanie powinno brzmieć KIM! Kim w takim razie dla Ciebie jest dziecko? Wydaje Ci się, że odpowiedź jest prosta, ale nic bardziej mylnego. Dla wielu dorosłych dziecko jest jedynie zabezpieczeniem na przyszłość, w które DOROSŁY inwestuje, aby potem na starość ta inwestycja mogła się zwrócić. Dziecko nie raz jest też NIKIM, bo jak można wytłumaczyć czy usprawiedliwić wiele matek, które rodzą pijane dziecko, bo w jego żyłach płynie 1,5 promila! Nie wspomnę już o Zespole Alkoholowym z którym dziecko będzie zmagać się do końca swojego życia. Dla innych może być tylko wspomagaczem, celem do tego aby podreperować rodzinny budżet, bo przecież becikowe i 500+.

Przedmiot czy podmiot?

Wiele razy spotkałam się z takim podejściem, z którego wynikało, że dziecko jest przedmiotem z którym możemy zrobić co chcemy. Możemy na przykład wymagać aby zawsze nas słuchało, żeby broń Boże nie zadawało pytań i tylko grzecznie wykonywało wszystkie nasze polecenia, bo w przeciwnym razie spotka go kara. Znacie to? – „dzieci i ryby głosu nie mają”, odpowiedź w stylu „nie bo nie”.  Dziecko nie jest własnością rodzica, gdybyśmy patrzyli na nie jako naszą własność, byłoby to równoznaczne z uprzedmiotowieniem go i sprowadzeniem dziecka wyłącznie do roli rzeczy.

Jestem człowiekiem

W teorii jest to oczywiste, dziecko jest człowiekiem, ale praktyka pokazuje często, że wcale nie jest to takie jasne… Skoro według niektórych, dziecko nie ma prawa głosu, prawa wyboru, prawa do nietykalności to kim jest? Dla wielu dorosłych dziecko nie mieści w kategoriach bycia człowiekiem i normą jest dla niego stosowanie wobec malucha przemocy psychicznej jak i fizycznej, które jak wiadomo w wielu przypadkach prowadzą do opłakanych skutków. Według tychże DOROSŁYCH winowajcą oczywiście jest tylko i wyłącznie dziecko.

człowiek

Bycie DOROSŁYM

Dlaczego czasem osoba dorosła, która w rozumieniu słowa DOROSŁA powinna wiedzieć na czym polega szacunek, lojalność, miłość do drugiego człowieka, mimo to nie rozumie co tak naprawdę te terminy w praktyce oznaczają? Dlaczego pomimo wszelakich prób wskazania temu DOROSŁEMU drogi, która pomoże mu w tym jak postępować z drugim człowiekiem, żeby tego drugiego nie krzywdzić, nie odbierać poczucia bezpieczeństwa czy też poczucia własnej wartości, kończy się zawsze na tym samym – na niepowodzeniu… Czy to kwestia wychowania i wpojenia DOROSŁEMU takich a nie innych wzorców, czy może duma i ego, które wciąż mu szepcą „tylko ty możesz kierować swoim życiem i nikt nie jest w stanie ci niczego narzucić!”?

Proste zasady

Jaka ta odpowiedź by nie była, wystarczy spróbować zrozumieć kilka podstawowych zasad, które najprościej i najdosadniej o tym stanowią, albo po prostu traktować tego małego człowieka tak jakbyśmy chcieli żeby nas traktowano.

 

                      Konwencja o Prawach Dziecka

 

„Dziecko nie słucha twoich rad, tylko podąża za twoim przykładem”

Opublikowano Przeszłość, przyszłość, Teraźniejszość | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Zaczęło się!

A było tak spokojnie, tak kulturalnie… Było, bo mój mąż nie może zaakceptować faktu, że starsza córka nie zawsze ma ochotę z nim rozmawiać przez telefon, czy też widzieć się z nim.

Dotychczas było tak, że kiedy tylko tata dzwonił a mała nie chciała z nim rozmawiać wszyscy ją do tego zmuszali. Odbywało się to tak „porozmawiaj z tatą, bo będzie mu przykro”, poza tym bałam się, że jeśli z nim nie porozmawia będzie zarzucał, że to moja wina. Wczoraj przed kąpielą powiedziała, że nie chce jechać do taty (jutro ma się z nimi widzieć), jej młodsza siostra szybko powtórzyła wielokrotnie powtarzane zdanie „musisz, bo tacie będzie przykro”. Starsza tylko spuściła wzrok i powiedziała, że pojedzie. Starsza nie chce nikogo zranić ani zawieść  :-(

Myślałam dziś o tym do czego nakłaniamy córkę, w zasadzie jaką krzywdę jej robimy kiedy nie dajemy jej prawa wyboru i stanowienia o tym co powinna a czego nie. Co za paranoja, ojciec ją upokarzał, wyśmiewał, traktował z góry a my ją zmuszamy do tego żeby utrzymywała z nim kontakt kiedy tylko TEN zapragnie „bo będzie mu przykro”…  :evil:

Postanowiłam, że uprzedzę go o tym iż córa może jutro z nim nie pojechać. Ten spytał co się stało, a ja bez owijania odpowiedziałam, że po prostu nie chce. I to był ten punkt zapalny. Mówił, że to na pewno moja wina, że ja robię jej pranie mózgu, że tylko w takiej rodzinie jak moja mogą się dziać takie rzeczy. Poza tym zaczął mnie straszyć sądem, bo przecież on nie po to wydaje kasę i tak się stara żeby córka nie chciała z nim rozmawiać przez telefon czy też przyjechać do niego! Jak najbardziej możemy spotkać się w sądzie, bo ja nie mam nic sobie do zarzucenia, nie jestem z tych co to szachują dzieckiem, bo nie mogą dogadać się z ex małżonkiem. Niestety nasza rozmowa zaogniła się jeszcze bardziej i zaczął obrażać mnie i moją rodzinę, nie zostałam dłużna… Nie będę brała odpowiedzialności za coś czego nie zrobiłam.

Kiedy padł temat sądu, zapytałam dlaczego w mojej skrzynce nadal nie ma pisma w sprawie rozwodu. Umowa była jasna, że on jak najszybciej po moim odejściu składa pozew, zaraz minie 8 miesięcy. Odpowiedź była śmieszna „nie twoja sprawa” :D Oczekuję oczywiście pozwu z orzeczeniem o winie, ale ex mówi, że nie chce babrać się w brudach przeszłości. Nie dziwię się, że się boi, bo jak by to wyglądało, że taki ważny człowiek, człowiek sukcesu mógłby być WINIEN czegokolwiek i co najgorsze okłamywał wszystkich dookoła jaki to jest krystaliczny.

Opublikowano Teraźniejszość | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj

Pół roku później

Czas na półroczne podsumowanie

Gdy pół roku temu mój mąż straszył mnie, że „daje ci pół roku, i zobaczysz, że doprowadzisz się do takiej biedy, że będziesz na kolanach do mnie wracać, ale ja i tak cię nie przyjmę” pomyślałam, a co jeśli? A NIC, bo nie byłam i nie jestem nikomu podległa, potrafię stanowić o swoim życiu… Nie dałam się zastraszyć tylko z ogromną siłą parłam do przodu. Czy było łatwo? NIE…, ale nie ma rzeczy niemożliwych!

Jakiś czas temu zrozumiałam dlaczego ludzie po rozstaniu nie powinni spieszyć się z rozwodem. Czas leczy rany, daje nam szansę do przemyśleń i wyciszenia. Dla niektórych pół roku to dużo czasu, dla innych wciąż za mało, aby wszystko poukładać sobie w głowie, żeby poczuć stabilizację i pewność tego jak powinno wyglądać „nowe” życie .  Dla mnie te pół roku to wystarczający czas, aby w pełni zrozumieć co nas spotkało oraz żeby zaplanować swoją nową drogę. Powiem więcej, nie czuję już urazy, bólu, niepewności, nie szargają mną już naprzemienne emocje, nie wracam już do przeszłości, bo to co było zostało gdzieś daleko za mną. Nie ukrywam, że czasem muszę zmierzyć się z emocjami naszych dzieci, z ich uczuciami, tęsknotami, ale teraz jest mi już dużo łatwiej.

W kole uczuć można zauważyć znaczącą różnicę pomiędzy tym jakie uczucia najczęściej towarzyszyły mi przez ostatnie lata, a tym co czuję teraz.

uczucia wtedy

uczucia2 teraz

Byłam zamknięta w matni, mnie potrafiłam się z niej wydostać, nie potrafiłam wstać, wziąć się w garść i przeć do przodu. TO BYŁ BŁĄD, powinnam być wtedy dużo silniejsza, ale najwyraźniej bez stanowczego cięcia nie byłabym w stanie tego osiągnąć. Teraz jestem w punkcie, w którym powinnam być już od dawna :)

Wybaczyłam, ale nigdy nie zapomnę. Wybaczyłam jemu, sobie, nam.

Idealnie podsumowuje to Zarysowana Wu ;)

zarysowana wu

Opublikowano Przeszłość, Teraźniejszość | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Tata – socjopata?

Dziś Dzień Ojca, ważne, ale niestety bardzo pomijane święto. Wydaje mi się, że gdybyśmy mieli przeprowadzić sondę, to około 80% a może nawet i 90% pytanych nie byłoby w stanie wskazać tego dnia w kalendarzu. A przecież ojciec, tata, tatuś, tatko to ktoś bardzo dla nas istotny, to właśnie on ofiarował nam życie, to on jest naszym pierwszym wzorcem męskości. Tata powinien być filarem, dzięki któremu dziecko nabiera pewności siebie, siły, odwagi, uczy się samodzielności.  Powinien być wzorem do naśladowania, któremu dziecko ufa, do którego zwraca się z prośbą o pomoc i wie, że nigdy nie zostanie odrzucone. Prawdziwy ojciec nie powinien być tylko rodzicem, przewodnikiem czy mentorem ale po prostu przyjacielem.

A CO JEŚLI TAK NIE JEST?! Co jeśli nasz rzeczony ojciec obiega od opisanego wcześniej modelu?

Ojciec moich dzieci kompletnie nie pasuje do tego wzorca. Śmiem twierdzić, że jest po prostu socjopatą. Socjopata kojarzy się z człowiekiem, który z obłędem w oczach i nożem w ręku dopada swoje ofiary. Nic bardziej mylnego, przedstawię Wam fragment książki Susan Forward „Sposób na kłamcę”, w której autorka przedstawia definicję socjopaty – „Są choroby ciała i choroby umysłu. Socjopata ma natomiast chore sumienie (…) nie jest zdolny do miłości. Nie zważa na nic oprócz własnej satysfakcji. Kłamie dla zabawy. Nie jesteś dla niego żywym człowiekiem, lecz przedmiotem. Środkiem do celu.”  Rodzina dla niego była właśnie takim ŚRODKIEM. Nie mógł jej nie mieć, bo jakby to wyglądało? Jak byłby spostrzegany przez społeczeństwo, w którym największą wartością jest rodzina? Poza tym partia polityczna, której wtóruje stawia właśnie rodzinę na pierwszym miejscu i właśnie na niej opiera teraz swój program.

Miłość – była wymuszona, wręcz mechaniczna. Słowo kocham w kierunku dzieci padało w 99% jako odpowiedź – ja cię też. Nie okazywał przy tym czułości, tulił tylko w obecności jego rodziny lub w sytuacji gdy samo dziecko zainicjowało ten ruch.

Opieka – bardzo niechętnie opiekował się maluchami, a jeśli już to robił to wyglądało to tak, że były 3 schematy : 1. dawał dzieciom tablet i sam wgapiał się w swój telefon (miał święty spokój – ale ulga!), 2. puszczał dzieci samopas i wgapiał się w telefon (święty spokój podzielony na dwa bo gdyby coś się stało musiałby interweniować – stressss). 3. wgapiał się w telefon, a dzieci coś od niego chciały, więc automatycznie kończyło się to wymianą nieprzyjemnych zdań i płaczem dzieci (zero świętego spokoju!)

Nauka – niczego ich nie nauczył, nigdy nie inicjował zabaw, podczas których mogłyby się w jakikolwiek sposób rozwinąć. „No tak, babcia kupiła ci rolki a teraz ja muszę z tobą chodzić na dwór” -  był RAZ. Odkąd nie mieszkamy razem zagrał RAZ z dziećmi w piłkę nożną, tak RAZ.

Prawo do zaspakajania podstawowych potrzeb – niechętnie podawał im jedzenie bądź picie, nieraz po prostu odmawiał, ale o tym pisałam w poście „Ojcostwo 2″. Owszem leki podawał gdy mnie nie było, ale moim zdaniem  nie robił tego z troski, a ze strachu, że jeśli nie poda, a dziecku coś się stanie, odpowie za to.

Ubliżanie, zawstydzanie, wyśmiewanie, piętnowanie, upokarzanie – to była NORMA, kiedy zamieszkaliśmy w Warszawie takie zachowanie stało się dla niego chlebem powszednim. Dziecko „ryczy, wyje” trzeba mu przykleić na bluzkę odznakę beksy, niech każdy widzi jak się zachowuje, dziecko ma własne zdanie, trzeba je wyśmiać, dziecko nie rozumie zadania z matematyki, trzeba nazwać je ćwierćmózgiem. Dziecko upadło -  jest niedorajdą. Takie przykłady mogłabym mnożyć w nieskończoność.

Kłamstwa, niedotrzymywanie obietnic – dane przez ojca słowo już dawno straciło swą moc, a mimo to córki nadal chcą mu wierzyć.  Niestety często słyszałam „tata obiecał, ale pewnie i tak nie dotrzyma słowa”. Zawody bardzo bolą i długo zostają w pamięci.

Poczucie bezpieczeństwa – jak dziecko ma czuć się bezpiecznie przy dorosłym, który na każdym kroku podcina mu skrzydła rzucając „nie dasz rady”, „jesteś na to za głupia”, „zachowujesz się jak nienormalna”, „nigdy niczego się nie nauczysz”. Kiedy doszło do tego, że starsza córka była w szkole zastraszana, ten nie zjawił się na rozmowie z wychowawcą, bo nie mógł urwać się z pracy. Zdarzyło mi się raz zapomnieć klucze od mieszkania i musiałam z dziewczynami siedzieć do godziny 19-stej w galerii handlowej (nic bardziej rozsądnego nie było w pobliżu), bo tatuś nie mógł przyjechać z powodu pracy. Starsza miała wtedy do odrobienia bardzo dużo zadania, młodszą bolało gardło,  a ja miałam problemy z żołądkiem (armagedon)… Nie mogłyśmy na niego liczyć, ani na nikogo innego bo byłyśmy tam same jak palec, a po wszystkim i tak się dowiedziałam, że to ja jestem wszystkiemu winna i powinnam mieć pretensję do siebie.

Wzorce – na kogo dziecko wyrośnie słysząc na okrągło, że ojciec nie szanuje innych ludzi, bo ludzie to debile, idioci, kretyni. Nie daj Bóg stanęliby na jego drodze homoseksualiści, przecież to pedały, zboczeńce, których powinno się leczyć a najlepiej ich wszystkich zagazować! Owszem, każdy ma prawo do własnego zdania, ale nie musi go od razu wygłaszać przy dziecku i to w taki sposób… Do teraz się zastanawiam dlaczego on i jego matka stygmatyzują ludzi nadając im przydomki, nieraz bardzo obraźliwe. Ja byłam „Królową Lodu”, ale to i tak znośnie, bo przydomki innych były po prostu obraźliwe. Zdarzało się, że wyśmiewał się też z osób chorych psychicznie…

Nieobecny – na okrągło pracował, ale nigdy nie zrozumiem podejścia – mam dziś wolne więc odpoczywam sam z telefonem w ręce. Nawet jeśli ciałem był obok, duchem był w innej czasoprzestrzeni.

Ojciec, tata, tatuś, tatko – czy te słowa cokolwiek dla niego znaczą?

 

 

Opublikowano Przeszłość, Teraźniejszość | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Kłótnie rodziców oczami dziecka

O spostrzegawczości dzieci oraz umiejętnościach rejestrowania przez nich wszelakich emocji można napisać wiele.  Dzieci są jak sejsmografy, są w stanie wykryć każdego rodzaju emocje, nie da się też ukryć, że mają gumowe ucho i nic im nie umknie. Dziecko pięknie się bawi, jest bardzo skupione na danej czynności, a my dorośli bez zahamowań dyskutujemy sobie w najlepsze. Nagle w najmniej spodziewanym momencie, nasze dziecko, nie omijając szczegółów jest w stanie opowiedzieć to, o czym rozmawialiśmy kilka dni, a nawet tygodni wcześniej, oczywiście nie zważają na to komu to mówi i w jakich okolicznościach…

Ta lekcja powinna dać nam do myślenia, poza tym trzeba też liczyć się z tym, że wypowiedziane przez nas słowa mogą być dla dzieci nie do końca zrozumiałe, czasem nawet mogą niechcący je zranić. Wiem z doświadczenia, że zdarzają się sytuacje, które nabierają tempa i zaczynają żyć własnym życiem. Są to momenty, w których my dorośli powinniśmy jak najszybciej się wycofać i spróbować się wyciszyć. Jest to bardzo trudne, bo emocje nieraz sięgają zenitu, ale mimo to postarajmy uświadomić sobie, że dziecko jako widz przeżywa to razem z nami.

Najczęstszym błędem rodziców jest właśnie to, że załatwiają swoje sprawy przy dzieciach. Dziecko kocha oboje rodziców i kiedy oni się kłócą, malec nie chce roztrząsać kto ma rację, a pragnie tylko aby dwoje najważniejszych dla niego ludzi jak najszybciej się dogadało. Maluchy przeżywają to bardziej, a co za tym idzie tracą poczucie bezpieczeństwa, bądź stają się bardziej lękliwe. Starsze dzieci więcej rozumieją i nieraz próbują opowiedzieć się po czyjejś stronie, co odbija się potem na ich własnych emocjach, relacjach z rodzicami, nieraz i z rówieśnikami.

Niestety domowe sprzeczki mogą zamienić się w regularne awantury. Skutki, które mogą dotknąć dziecko uczestniczące w regularnych wojnach domowych:

- utrata poczucia bezpieczeństwa,

- poczucie bezradności,

- obniżenie odporności immunologicznej (skutkiem jest zwiększone występowanie chorób zarówno somatycznych jak i psychicznych),

- agresja, autoagresja,

- lękliwość,

- wycofanie,

- obwinianie się.

Rodzicu, jeśli zauważasz, że w Twoim domu coraz częściej dochodzi do nieporozumień zamieniających się w niekończące się awantury, bądź dla odmiany na okrągło goszczą u Ciebie „ciche dni”, nie unoś się dumą, postaraj się przełamać i idź do specjalisty. On pomoże wybrać Ci drogę do tego, aby w Twoim domu nikt więcej nie cierpiał. 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Skomentuj

Odeszłam – dlaczego tak późno?

Dużo za dużo musiało upłynąć czasu, żebym w końcu mocno stanęło na nogi i wzięła sprawy w swoje ręce. Wydarzenia, które miały miejsce kilka miesięcy temu, pozostaną z nami już na zawsze, jak głęboka blizna.

Ludzie kompletnie nie rozumieli powodów mojego odejścia – „on ma pieniądze, wkrótce będzie miał ich więcej, to przecież dla was jest ciągle w pracy, więc chyba sama rozumiesz dlaczego ciągle go nie ma…”, poza tym – „ani nie pił, ani was nie bił, więc nie ma patologii”. Zaledwie garstka najbliższych stała za mną murem, bo rozumiała pojęcie jakim jest przemoc ekonomiczna i psychiczna. Niektórzy z nich nawet brali w tym udział i nie mogli uwierzyć jak mój maż się zmieniał, kiedy nie było obok jego rodziny, znajomych. Ten człowiek ma trzy twarze, jedną dla mnie i dzieci, jedną dla swojej rodziny i ostatnią dla swoich znajomych. Czułam się jakbym mieszkała pod jednym dachem z człowiekiem dotkniętym schorzeniem jakim jest osobowość wieloraka. Po 9 latach postanowiłam to zakończyć, ale dlaczego tak późno?

Miłość

Nigdy nikogo nie kochałam tak jak mojego męża, kompletnie straciłam dla niego głowę. Nasze początki to wiersze, czułe słówka, jego wiecznie wpatrzone we mnie oczy… Teraz kiedy o tym myślę, zastanawiam się czy to była miłość, czy może tak bardzo pochłonął mnie ten toksyczny związek, bo jak wiadomo Syndrom Sztokholmski z całej siły zawiązuje ludziom pętle wokół szyi. W końcu już na początku dało się odczuć z czym mam do czynienia, a mimo to pakowałam się w to dalej, głębiej.

Dzieci

Dobro dzieci, jak ich bezpieczeństwo psychiczne to priorytet. Sama jako dziecko, patrzyłam na to jak moja rodzina bierze udział w teatrzyku, każdy odgrywał w nim jakąś rolę. W końcu tuż przed moją osiemnastką, moja mama postanowiła zerwać kurtynę i w końcu zacząć żyć na prawdę. Obiecałam sobie, że moje dzieci nie będą brały udziału w takich „życiowych rolach”, że dam radę uchronić je przed błędami rodziców. Nie udało się. W pewnym momencie musiałam rozważyć co dla nich będzie lepsze, czy patrzenie na wiecznie kłócących się i unikających siebie rodziców, czy dla odmiany rozbita rodzina. Gdy mój mąż zaczął stosować przemoc psychiczną wobec dzieci, odpowiedź była prosta.

Nadzieja

Każdy z nas zna powiedzenie „Nadzieja umiera ostatnia”, jak i „Nadzieja jest matką głupich”. Do ostatniej minuty naszego wspólnego życia walczyłam o to, żebyśmy poszli na terapię, żeby spróbować to wszystko odbudować, ale na to nie było nawet najmniejszej szansy. W małżeństwie w pojedynkę żaden człowiek nie jest w stanie naprawić choćby najbardziej błahej sprawy, do tego trzeba chęci obu stron. Mam do siebie pretensję o to, że tak długo skazywałam moje dzieci na cierpienie, ojciec je zaniedbywał, wyśmiewał, poniżał a ja pośrednio mu na to pozwalałam. Boże, jaka byłam głupia!

Granice

Długo mi zajęło przerobienie sama ze sobą tego co się działo. Musiałam spojrzeć na to z boku, zrozumieć i wyciągnąć wnioski. Początkowo bagatelizowałam wszystkie sygnały, nie znałam ich wagi. W końcu przyszedł czas gdy otworzyłam oczy i byłam tym wszystkim przerażona. Bałam się coraz bardziej, bałam się o swoje dzieci, o ich kruchą psychikę, o to, że jeśli czegoś nie zrobię faktycznie skończę w psychiatryku, tak jak wielokrotnie obiecywał mi to mój mąż.

Każdy z nas musi mieć swoją granicę, której nikt nie może przekraczać. W innym wypadku staniemy się ofiarami manipulantów i oprawców, którzy będą sterować naszym życiem. Niezależność to pierwszy krok do sukcesu. Nieraz było i będzie pod górkę, ale droga do spokoju, stabilności i normalności jest warta tego wszystkiego.

Opublikowano Przeszłość, Teraźniejszość | Otagowano , , , , , , , , | 1 komentarz

Nawracające koszmary

Te koszmarne myśli nadal mnie prześladują i wracają w najbardziej nieoczekiwanych momentach…

Wyśmiewał

Niszczył mnie słowem od początku, najpierw wyśmiewając z kolegami moje studia, bo co to za uczelnia, poza tym co można po czymś takim robić? Uniwersytet Warszawski, Jagielloński…, ale TO? Kiedy się dowiedział, że mój najbliższy wtedy przyjaciel jest gejem, rwał włosy z głowy, po czym nie omieszkał o tym opowiedzieć wszystkim wspólnym znajomym. Wyśmiewał się z tej relacji, bo przyjaźń z „pedałem”, „zboczeńcem” jest nienormalna i obrzydliwa. Bolało mnie to, ale przecież się kochamy, będziemy mieli dziecko, jest czas na dotarcie się…

Wspólne mieszkanie

Minął jakiś czas i prawie w ogóle już ze sobą nie rozmawialiśmy. Powód był banalny! Mąż obrażał się, o to że zwracam mu uwagę, że czegoś wymagam, że proszę o choćby odkurzenie mieszkania raz w tygodniu. Wszystkie moje prośby odbierał jako atak, a próby znalezienia wspólnego języka, kończyły się odwróceniem się na pięcie w milczeniu i znikaniu w drugim pokoju. To były czasy wiecznej rozłąki, a ze spokojnej, radosnej i opanowanej kobiety zamieniłam się w wiecznie krzyczącą kobietę. Żadne rozmowy, żadne prośby czy groźby nie przynosiły rezultatu, nie mogłam znieść wiecznie milczącego i lekceważącego wszystko i wszystkich męża. Nie wiedziałam jak do niego trafić… Zatraciłam się w tym, a krzyk był po prostu bezsilnością i wołaniem o pomoc.

Ja, ja, ja

A. w towarzystwie jest bardzo elokwentny i dowcipny. W domu był milczkiem, ożywiał się tylko wtedy, kiedy mówił o SOBIE, o SWOICH sprawach zawodowych. Kiedy mówiłam mu czasem, że to mi się nie podoba, on spoglądał na mnie szyderczo i w ogóle przestawał brać udział w rozmowie. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko się zmieniło. A. postanowił przestać milczeć… Zaczął ze mną „rozmawiać”. Wyzywał od nienormalnych, krzyczał – „powinnaś się leczyć w psychiatryku”. Kiedy zorientował się jak bardzo mnie to dotyka, jak cierpię, powtarzał to przy każdej okazji. Jak pięknie nauczył się kopać leżącego, hmmm poezja… Po każdorazowej wymianie zdań, kiedy wydawało się, że kurz już opadł, potrafił do mnie podejść i wyszeptać mi do ucha – „jesteś beznadziejna”, „co? przerasta cię to wszystko…”, „zobaczysz, kiedyś tego pożałujesz”. Nazywam ten typ zachowania – sępim. Sęp, lata nad pokonaną już zwierzyną i tylko czeka na TEN moment.

2 lata cierpienia

W 2009 roku byłam znowu przy nadziei. W 10 tygodniu ciąży, po rutynowej wizycie u ginekologa dowiedziałam się, że serce naszego dziecka zatrzymało się. Nic się miedzy nami wtedy nie kleiło, bo ja potrzebowałam ciepła, uwagi, a on nie chciał nawet mnie przytulić. Rok później kolejny raz zaszłam w ciąże, a mąż zatapiał się coraz bardziej w pracy. Jego kariera nabierała tempa, zrobił się bardziej znany i pożądany zawodowo. Nie mogłam się pogodzić z samotnością, wiecznym odpychaniem mnie i stawianiem naszej rodziny w cieniu jego kariery. W trakcie kolejnej kłótni wykrzyczałam, że lepiej nam będzie osobno i kazałam A. się wyprowadzić. Posłuchał, przed wyjściem zatrzymał się w drzwiach z walizką w ręce, rzucił mi pod nogi klucze i powiedział „już rozumiem dlaczego nasze dziecko umarło!”. Po tym wyznaniu płakałam godzinami, a córeczka, którą nosiłam pod sercem razem ze mną. W czasie ciąży nie pytał jak się czuję, nie interesowało go ani usg, ani inne badania, ani nasza dwuletnia wtedy córeczka. A ja z lęku o przyszłość mojego starszego dziecka i tego jeszcze nienarodzonego, prosiłam żeby wrócił, strach wygrał. Niestety po narodzinach naszej drugiej córeczki, sytuacja w rodzinie nie polepszała się, a wręcz przeciwnie. Mąż mnie nie unikał tylko wtedy gdy chciał uprawiać sex, ale ja nie byłam w stanie kochać się z człowiekiem, który niszczył mnie i naszą rodzinę.

Warszawski upiór

Następnym krokiem w jego karierze miała być przeprowadzka do Warszawy. Przed wyjazdem obiecał mi, że teraz wszystko się zmieni, że tam będziemy szczęśliwi. Pojechałam pierwsza, żeby zorganizować nam wspólne mieszkanie. Kiedy A. dołączył do mnie po miesiącu, wszystko było jak dawniej. Żyłam w takim stresie, że musiałam wspomagać się tabletkami na uspokojenie. Kilka dni razem, pod wspólnym dachem w Warszawie, doprowadziło do tego, iż spakowana w podręczne rzeczy chciałam wracać do domu. Poszło o to, że ciągle nie mam pracy i przeze mnie będziemy musieli wracać, jak on to mówił na prowincję… Ciśnienie było ogromne, a ja widziałam niezliczoną ilość ogłoszeń, ale żadna z nich nie wchodziła w grę, bo wiedziałam, że sama będę zajmować się dziećmi i domem. Nie chciałam dopuścić do sytuacji, gdzie moje córeczki w nowym miejscu, są do ostatniej minuty w przedszkolu i szkolnej świetlicy. Już w progu, mąż mnie zatrzymał i przeprosił za to jak mnie traktował i obiecał, że już nie doprowadzi do takiej sytuacji. Durna uwierzyłam mu i zostałam na następne 7 miesięcy koszmaru… Coraz częściej wyżywał się naszej starszej córce (wszystko mogło być do tego przyczynkiem, nawet to, że jego szef kazał się mu odchudzić), ale to znajdziecie w poście Ojcostwo. Kiedyś odwiedziła nas jego babcia. Była kilka dni. W trakcie tej wizyty powiedziała do mnie – „teraz już rozumiem jak A. cię traktuje, bardzo mi przykro, ale zrozum, to mój wnuk i nigdy tego mu nie powiem”. Potem, podczas rozmowy telefonicznej z moją mamą stwierdziła – „powinnaś coś zrobić, ona jest na granicy załamania”. Prosiłam o to, żebyśmy poszli do terapeuty, bo dalej nie damy rady tak żyć, ale dwukrotnie odmówił, bo – „terapia to gówno”, „nie będę się otwierał przed obcym” itd., miał milion wymówek. Początkowo mi nie wierzył, że odchodzę, bo jak sam powiedział, nie traktuje mnie poważnie, ale wkrótce zaczął już namawiać swojego krewnego do wprowadzenia się do warszawskiego mieszkania, jak tylko ja i dzieci go opuścimy. Dwa tygodnie przed terminem wyprowadzki, dosłownie mieszał nas wszystkich z błotem. Nie oszczędzał już nawet młodszej, ulubionej córce. Doszło już do tego, że nie mogłam wyjść z domu, bo dzieci dzwoniły do mnie z płaczem i błagały żebym wróciła.

Dzień wyprowadzki

Nie ukrywałam terminu wyprowadzki. Zresztą pakowałam już kilka dni rzeczy swoje i dzieci. Chyba do końca nie wierzył, że się jednak odważę. W dzień wyprowadzki A. był lekko przeziębiony. W godzinę zero mówił do dzieci – „widzicie jaka jest wasza matka, zostawia mnie z pustą lodówką i w dodatku zabrała wszystkie leki, a jestem taki chory!”, „widzicie jak traktuje chorego męża, popatrzcie jaka jest zła!”, a do mnie ciągle powtarzał „powinnaś iść ramię w ramię z nazistami i żydów gazować!”. Dzięki Bogu dzieci nie rozumiały o co chodziło, kiedy porównywał mnie do nazistów… Problem zapakowania przeze mnie witaminy C, jego wygody, braku obiadu był wtedy dla A. numerem jeden. Tracił rodzinę, a najważniejsza była lodówka. Do teraz pluję sobie w brodę, że nie zrobiłam wtedy zdjęcia tej nieszczęsnej lodówki. Nie była wprawdzie wypełniona po brzegi, ale wystarczyło tylko sięgnąć do zamrażarki, w której były 3 rodzaje pieczywa, kurczak, spory kawałek szynki, warzywa na patelnię, frytki, itd. Legenda o złej kobiecie, która rzuca męża głodnego i w chorobie obiegła już całą jego rodzinę oraz bliższych i dalszych znajomych.

Przekraczając próg naszego warszawskiego koszmaru, rzucił do dzieci – „możecie zostać ze mną”, nie chciały…

 

Miesiąc po powrocie miałam koszmar senny o tym, że nie mogę wydostać się z Warszawy, żeby móc wrócić do domu gdzie czułam się bezpieczna.

Opublikowano Przeszłość, Teraźniejszość | Otagowano , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Zbrodnia doskonała – przemoc psychiczna

Długo zastanawiałam się nad tym, dlaczego w naszym społeczeństwie przemoc psychiczna czy ekonomiczna jest tak bagatelizowana, lekceważona, spychana na drugi plan, a czasem po prostu wyśmiewana. Odpowiedź była na wyciągnięcie ręki, bo wystarczyło po nią sięgnąć do najbliższego mi otoczenia.

1. Co ty wiesz?!

Najlepszym przykładem na postawę „co ty wiesz” jest moja teściowa. Teściowa, która wyszła za mąż za agresywnego alkoholika. Wiele razy przez niego płakała, czasami musiała przed nim ukrywać swoje dzieci, bo gdy jej mąż wpadał w szał, był w stanie zrobić dosłownie wszystko. Tragedia nieraz wisiała w powietrzu. Weźmy też krewną mojej mamy, która była poniżana, poniewierana przez męża alkoholika. Tak niszczył swoje dzieci, że te pomimo tylu lat, są na wojennej ścieżce, na okrągło coś sobie wyrzucają, ciągle piorą stare brudy.

2. Dysonans poznawczy

Są to informacje napływające z zewnątrz, niezgodne z naszymi przekonaniami. Takie informacje szybko odrzucamy, bo podważają nasze kluczowe przekonania. Bliska mi osoba, głęboko wierząca, była wręcz oburzona, że mam zamiar opuścić męża, bo co to za powody? Nieważne, że A. niszczył moje dzieci i mnie, że starsza córka zapadała się w sobie, że do dziś przeprasza za to że żyje i wszystkiemu czuje się winna. Ja przecież jestem silną kobietą i dam sobie z tym radę, poza tym dzieci potrzebują ojca, rodzina to świętość i powinniśmy się gorliwie modlić, a wkrótce wszystko się ułoży. W dodatku -”przecież nie ma w tym małżeństwie ani żadnych nałogów ani patologii. Strasznie się kłócą bo oboje mamą trudny i wybuchowy charakter, życie im to zweryfikuje i utemperuje. W każdym małżeństwie jest przecież na noże. Wszyscy to przecież wiedzą”.

3. Niemożliwe!

Najłatwiej jest użyć tego stwierdzenia, żeby w sekundzie przekreślić wszystko co zostało powiedziane. Uznałam, że skoro w hierarchii mojego męża na drugim miejscu jest jego matka, to spróbuje ją nakłonić do porozmawiania z synem, aby ten w końcu zaczął nas szanować, żeby chociaż nie wyzywał starszej córki. TO BYŁ BŁĄD! Teściowa próbowała przekonywać małą, że tatuś jest przecież dobrym ojcem, bo to dla niej haruje jak wół i przynosi do domu niemałe pieniądze. Pamiętajcie o jednym, nigdy nie władajcie palca pomiędzy matkę i jej dziecko, bo szybko odbije się Wam to czkawką… Szczególnie gdy są to relacje matka i kochany synuś. Czasem na ślepą i bezwarunkową miłość nie ma siły.

4. Stereotypy

W naszym społeczeństwie mocno zakorzenił się stereotyp idealnego małżeństwa, gdzie mąż przynosi do domu pieniądze, a żona zajmuje się domem, dziećmi i czasem pracą zawodową – jeśli mąż jej oczywiście pozwoli. Mnie także przyszło się z tym zmierzyć bo – „twój mąż nie bije, nie pije, więc o co ci chodzi?” I tak oto zostałam niegodną żoną swojego IDEALNEGO męża i ojca naszych dzieci.

Przemoc emocjonalna i ekonomiczna to zbrodnia doskonała. Sprawcy bardzo dobrze potrafią się kamuflować, bo przecież nie ujawnią swoich prawdziwych zachowań przed osobami, od których zależy ich funkcjonowanie w społeczeństwie. Nikogo przy tym nie było, kiedy poniżał, wyśmiewał, groził! Nikt nie słyszał płaczu dziecka, ani nie widział jego opuszczonej głowy. Cóż, pozostaje tylko słowo, przeciwko słowu.

Opublikowano Przeszłość | Otagowano , , , , | Skomentuj

Ojcostwo cz.2

Dziś jest wyjątkowy dzień. Wyjątkowy nie tylko z powodu Dnia Dziecka, ale i dlatego, że w końcu znalazłam w sobie siłę, aby napisać ten tekst. Kiedy pomyślę o przemocy fizycznej widzę ten obrazek

Centrum Praw Kobiet

i dziękuję Bogu, że mnie i moich dzieci to nie dotknęło. Zawsze sobie powtarzałam, że jeśli kiedykolwiek mąż podniesie na nas rękę, natychmiast się pakujemy i znikamy. Teraz, kiedy zagłębiam się w tematykę przemocy, czytam o tych wszystkich bitych, katowanych ludziach, słucham opowieści znajomych, którzy sami  przez to przeszli,  jestem pewna, że uprościłam ten temat. Straciłam też wiarę w swoje zapewnienia i nie wiem, czy faktycznie miałabym tyle siły, odwagi, aby odejść. Poza tym patrząc z boku na te wszystkie lata, które spędziłam z mężem i poniekąd dając mu przyzwolenie na to jak nas traktował, obawiam się że gdyby mnie uderzył, pewnie nie wiedziałabym co zrobić…

W moim domu także dochodziło do różnych sytuacji, ale żadna z nich nie skończyła się jak na obrazku powyżej. Było ich kilka, jedna z nich miała miejsce, gdy starsza córka miała 3 lata. Jak wiadomo, dzieci w tym wieku są jak żywe srebro, wszędzie jest ich pełno. Mąż jak zwykle pracował przed komputerem, a ja wtedy próbowałam opanować córkę, żeby ta nie przeszkadzała ojcu w pracy.  Mąż zaczął krzyczeć do niej, że w takich warunkach nie może pracować! Dziecko śmiejąc się, nie przestawało się bawić, więc A. podszedł do niej i wytargał ją za ucho, ta się rozpłakała. Uniosłam się, wykrzyczałam mu, że nie tędy droga i że nie ma prawa tego robić! Wieczorem, A. postanowił złożyć mi pisemną reprymendę

przemoc fizyczna

Kilka razy byłam świadkiem kiedy mąż, jak to sam nazwał, „posunął nogą” córkę. Ja i raczej większość ludzi, nazywam ten czyn trochę inaczej, po prostu – kopaniem. To nie były sytuacje bardzo spektakularne, bo mąż zawsze dbał o dyskrecję… Niestety nie tylko ja byłam widzem takich scen, bo i moja mama i babcia także to widziały. Emocje wtedy sięgnęły zenitu.

Po przeprowadzce do Warszawy, takie sytuacje nie miały miejsca. Powód tego jest prosty, prawie ośmioletnie dziecko byłoby w stanie komuś o tym powiedzieć, a mąż był i jest mistrzem pozorów. W tym momencie, mogę zamknąć temat przemocy fizycznej, ale niestety otwieram drzwi do tematu, który w Warszawie był chlebem powszednim. Ciężko mnie, jako matce, wraca się do tego, ale to właśnie przemoc doprowadziła nas do punktu, gdzie jesteśmy teraz.

W Warszawie, A. poczuł się jeszcze bardziej pewniejszy siebie, bo nie było świadków, takich jak moja mama, z którą wcześniej mieszkaliśmy. Zaczął wtedy wyzywać nas, obrażać, upokarzać. Do starszej mówił – „zachowujesz się jak głupek”, „jesteś durna”, „cofasz się w rozwoju”, „masz mózg wielkości orzeszka”, „jesteś nienormalna”, stygmatyzował ją „nic nie potrafisz”, „nic nie osiągniesz”, „i tak nie dasz rady”. Początkowo, walczyłam z tym, ale skutki były opłakane, dlatego po każdym takim incydencie starałam się odizolować dzieci i ukrócić to jak najszybciej.

Starsza córka, marzyła wtedy o tym, żeby uczęszczać na zajęcia sportowe. Jej marzenie szybko zostało podkopane, bo ojciec zrobił jej wykład – „sportowcy to idioci, nie znam ani jednego mądrego sportowca, niczego w tym nie osiągniesz, to tylko strata naszego czasu i nie myśl sobie, że dam ci na to pieniądze, albo że będę cię tam zaprowadzał”. Babcie córki zgadały się, co miesiąc płaciły jej za treningi, kupowały sprzęt, a ja dbałam o to, żeby regularnie uczęszczała na zajęcia. Córka chodziła, bardzo się jej to podobało, ale nigdy nie opowiadała o tym ojcu, bo wiedziała, że ten jest na nie. Pod koniec semestru zimowego, córka miała mieć pokaz. A. nie mógł jechać na występ, bo akurat młodsza była chora. Tuż przed samym wyjściem A. zrobił awanturę. Wyrzucał, że to pewnie długo potrwa, że to jest strata czasu, że w ogóle nie ma sensu żeby córka tam szła, a poza tym kto mu zrobi obiad?! Córeczka pojechała tam podłamana, przed występem prawie się rozpłakała, mówiąc, że nie da rady, widziałam jej niepewność w trakcie występu. Kiedy wróciliśmy, ojciec nawet nie zapytał jak było, nie wspominając o tym, że nie miał ochoty oglądać nagrania z jej występu.

Zdarzało się, że prosiłam męża, aby ten położył dziewczyny spać, bo ja akurat miałam coś do roboty, albo po prostu, po ludzku chciałam odpocząć. Poza tym to była jedyna czynność dotycząca dzieci, o którą mogłam go prosić, bo w zasadzie tylko siedział i czekał z telefonem w ręce kiedy zasną. Szybko się okazało, że i ten obowiązek mnie nie ominie, bo dochodziło do chorych sytuacji. Najbardziej utkwiła mi w głowie taka, gdy starszą córkę przed snem bardzo bolała głowa, a ojciec nie pozwolił jej wstać żeby mogła zażyć leki. Usłyszałam z drugiego pokoju jak córka płacze, szybko pobiegłam sprawdzić co się dzieje i nie mogłam uwierzyć własnym uszom… W innym dniu, córka przyszła rano do taty, żeby ten zrobił jej śniadanie, bo boli ją brzuszek z głodu (ja spałam wtedy z młodszą córką w innym pokoju, mała była chora i musiałam czuwać przy niej w nocy). Co mąż jej odpowiedział? – „to nie hotel i zjesz dopiero jak wszyscy wstaną”, ta prosiła -” tatusiu proszę, chce mi się bardzo jeść”, a on -” nie! musisz poczekać!”. Poczułam wtedy jakby ktoś wyrwał mi serce.

Pod koniec 2015 r. doszło w szkole u córki do epidemii, do klasy uczęszczała dosłownie trójka dzieci. W końcu doszło do wizyty sanepidu w placówce, bo w innych klasach było dosłownie to samo. Długo zmagaliśmy się z chorobą, a kiedy córka prawie doszła do siebie, mąż też zachorował. Poszedł do lekarza pół przytomny, a Pani w okienku chciała odesłać go z kwitkiem. Wcale mnie to nie zdziwiło, bo kiedy ja przyszłam się zarejestrować, zaproponowano mi termin za 3 tygodnie. Jakie było moje zdziwienie, kiedy wrócił po chwili do domu z lekarstwami w ręce… Byłam pewna, że poszedł prywatnie, ale on nie chciał mi powiedzieć jakim cudem go lekarz przyjął, powiedział tylko, że był w naszej przychodni. Kilka dni później stan córki bardzo się pogorszył, a kolejny antybiotyk nie chciał działać. Z powodu epidemii wizyta u pediatry była niemożliwa, Panie zaproponowały mi przyszły tydzień, ale nie mogły mi obiecać, że córka w ogóle się dostanie. Powiedziałam o tym A. żebyśmy wspólnie pomyśleli co dalej z tym robimy, bo z córką jest nie najlepiej, odpowiedział, że trzeba przeczekać, a na lekarza prywatnego nie ma. Zaproponowałam, że pożyczę od mojej mamy, ale on kategorycznie zabronił, bo nie będzie z czego oddać. Mój mąż miał to gdzieś co się stanie z jego chorą córką, ale to właśnie był moment, kiedy powiedział mi jak dostał się do lekarza – „wyciągnąłem legitymację prasową, wyjąłem telefon, skierowałem w jej stronę i kolejny raz zapytałem na kiedy ma zamiar mnie zapisać, powiedziałem jej, że jeśli mnie teraz nie przyjmie to jutro w Uwadze TVN-u zobaczy materiał o sobie, a ona na to – chce pan być przyjęty za 10 czy 20 min?”. Z ironią zapytałam wtedy, czy może powtórzyć to drugi raz, ale u pediatry? – „oczywiście, że nie!” odpowiedział oburzony. Nie licząc się z konsekwencjami, pożyczyłam wtedy od mamy pieniądze, żeby ratować córkę. Awanturom o to nie było końca, bo to „wyrzucone pieniądze”, „nie mam jak oddać”, bo „za drogo”, doszło nawet do tego, że moja teściowa była w to wszystko wtajemniczona.

Dzień przed naszą wyprowadzką, powiedział słowa, których nigdy nie zapomnę, a były one skierowane do starszej córki (młodsza siedziała obok) – „wiesz, tak naprawdę, to nie będę ani za tobą ani za twoją matką tęsknił, będę tęsknił tylko za twoją siostrą (…), poza tym ty i twoja matka to jesteście jak takie misie z małymi rozumkami” KURTYNA. Jeśli mój mąż myślał, że przy tym wszystkim nie skrzywdził naszej młodszej córki, to grubo się mylił.

W lutym tego roku, wracając pociągiem do naszego wcześniejszego życia (bez męża i ojca tyrana), córka zapytała się mnie, -”dlaczego ta brzoza rośnie akurat tu, jakiej ona w ogóle gleby potrzebuje?”, no więc ja na to, że – „to mądre pytanie, ale nie mam pojęcia,  jak tylko będę miała zasięg sprawdzę to w internecie”. Córka zdziwiona popatrzyła na mnie i zapytała – „naprawdę uważasz, że to było mądre pytanie? Bo tata uważa, że jestem głupia”. Ten moment przypieczętował naszą wyprowadzkę.

Niedawno temu, chciałam poinformować A.,  tuż przed jego przyjazdem w odwiedziny do córek, że są chore, ale jak widać do teraz ich ojciec ma w głębokim poważaniu to co się u nich dzieje

pan ojej

Po odpowiedzi „Ojej”, postanowiłam przyjąć postawę – nie ma pytań, nie ma odpowiedzi, a od wyprowadzki nie padło jeszcze ani jedno pytanie…

Opublikowano Przeszłość, Teraźniejszość | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj

Ojcostwo cz.1

Każdy z nas ma w głowie wyobrażenie o tym, jak powinny wyglądać relacje rodzic-dziecko. Opieramy się na naszych doświadczeniach, kiedy sami byliśmy dziećmi, oraz na tym jak chcielibyśmy, żeby te relacje wyglądały.  Gdy przyjdzie czas na nową rolę, na rolę rodzica, staramy się wcielić je w życie. Wyciągamy esencję ze wszystkich pozytywnych wydarzeń, które nas ukształtowały, dawały nam radość, oraz omijamy szerokim łukiem te, które według naszych kanonów są nie do przyjęcia. Wiele razy obiecujemy też sobie, że nigdy nie powielimy błędów naszych rodziców. Rodzice wiedzą najlepiej, ile trzeba włożyć pracy w wychowanie dzieci. Według mnie to najtrudniejszy ze wszystkich „zawód”, ale mimo to, nie powinniśmy dopuszczać do tego, aby go w jakikolwiek sposób zaniedbywać, albo sobie go odpuszczać…

Ojciec naszych córek wielokrotnie popełniał błędy, bo kto ich nie popełnia? Początkowo, opierały się one raczej na lenistwie i zaniedbaniach. Polegało to na włożeniu dziecka do gorącej wody w wanience, nie podaniu leku podczas choroby, uderzenie głową dziecka o framugę drzwi, bo tatuś zapomniał się schylić przed wejściem do sklepu, a nosił dziecko na barana, czy też ominięciu posiłku. Niestety jego błędy zaczęły nabierać tępa…

Mój mąż wymarzył sobie pewien model ojca idealnego. Jego model polegał na tym, że ojciec to guru, którego dziecko bezwarunkowo ma słuchać, we wszystkim ma się podporządkować, dziecko nie ma prawa do własnego zdania, ani tym bardziej wygłaszania go. No cóż, w życiu większości dzieci dochodzi do tego momentu, kiedy zaczynają mówić i to właśnie był początek poważnych problemów… Zapomniałam dodać, że mąż popierał zachowania typu – dam w dupę, to się nauczy. Uważam ten rodzaj „wychowywania” za przemoc, dlatego wiele razy kłóciliśmy się o to. Żeby tego było mało A. zupełnie inaczej traktował naszą starszą i młodszą córkę, stosował podwójne standardy.

Nasza pierworodna, według mnie, jest bardzo podobna do swojego taty, nie tylko z wyglądu, ale i z charakteru. Myślę, że poniekąd i z tego tytułu na okrągło dochodziło do wielu nieprzyjemnych sytuacji. Zacznę od początku. Starszej córce nie wolno było głośno się zaśmiać, bo to przecież przeszkadza, nie daj Bóg byliśmy w sklepie, to prawie za każdym razem słyszała, że ma być cicho bo robi wstyd. Nie mogła być sobą, bo przecież zachowuje się jak głupek czy dureń. Uciszał ją dosłownie na każdym kroku, ciągle strofował. Ojciec wielokrotnie też wyzywał ją, poniżał, bo – to jest tylko dziecko. Często zamykała się w sobie, wychodziła do drugiego pokoju, aż w końcu zaczęła manifestować swoje zdanie, krzyczała – przestań! nie masz prawa tak do mnie mówić! W następnym poście, ze szczegółami opiszę do czego jeszcze mój mąż się posuwał.

Młodsza córka od początku była oczkiem w głowie tatusia. Od urodzenia uśmiechnięta, milutka, śliczniutka i wiecznie stawiana na pierwszym miejscu. Kiedy dziewczynki się kłóciły, to ONA zawsze miała racje, to starsza kłamała, nie ONA, wiadomo też było, że przecież nie ona zaczynała bójki czy kłótnie. Córka w końcu zorientowała się, że jej wielkie oczy i ciągle uśmiechnięta buzia przynoszą wiele korzyści. Próbowała przenieść swoje JA, na grunt przedszkola gdzie chodziła. W konsekwencji, byłam wzywana na rozmowę do pani wychowawczyni, bo przecież nie może zawsze być pierwsza, nie może zgłaszać się do odpowiedzi tylko ona. Dochodziło też do sytuacji, że gdy pani w przedszkolu zadawała pytanie dzieciom i nie daj Boże, do odpowiedzi nie wybrała naszej córki, ta potrafiła zrobić awanturę i się rozpłakać. Do teraz jest bardzo ambitna i zawsze musi być pierwsza.

Wielokrotnie poruszałam ten temat z mężem, bo nie mogłam patrzeć na to jak traktuje dzieci. Na początku starał się okazywać im więcej ciepła, czułości, zrozumienia i sprawiał wrażenie, że ogarnia sedno problemu. Potem słyszałam tylko, że to nie prawda, że je poróżnia, że gorzej traktuje starszą córkę, a pod koniec naszej wspólnej drogi rzucał – zamknij się!

Opublikowano Przeszłość | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj